Tajfuniątko czyli kto?

Zamieszkałam w Chinach. Wyszłam za mąż za Chińczyka. A po paru latach okazało się, że powiększy nam się rodzina. Tu piszę o mojej polsko-chińskiej mieszance, a także o tym, jak wielkim wyzwaniem bywa macierzyństwo na drugim końcu świata.
Nie zawsze jest miło - bo to właśnie tutaj z siebie strząsam zdenerwowanie po kolejnej "dobrej radzie" i kolejnej krytyce moich metod wychowawczych ;)

poniedziałek, 6 sierpnia 2018

człowiek dżungli

Jednym z najcudowniejszych aspektów wakacji u Babci-prawie-na-wsi jest bezpośredni dostęp do pysznych dóbr. Od początku naszego tutaj pobytu Tajfuniątko uzupełnia sobie samo dietę zrywanymi prosto z krzaków/drzew cymesami: truskawkami, porzeczkami, agrestem, wiśniami, brzoskwiniami, śliwkami, jabłkami, gruszkami, ogórkami, malinami, jeżynami, borówkami amerykańskimi... Czekamy jeszcze tylko na winogrona. Muszę powiedzieć, że bardzo podoba mi się to, jak bardzo moje dziecko nie grymasi - dla niej nic nie jest za kwaśne, za mało soczyste, zbyt wysuszone i tak dalej. Sam fakt, że może sama sobie zerwać czy zebrać owoce raduje ją tak, że pewnie jadłaby je bez względu na smak...
Bardzo chciała jeść też lody. Robię więc domowe sorbety z minimalną ilością cukru. Jedyne zastrzeżenie, jakie wysuwa Tajfuniątko to "ale one są zimne!". Niestety, jeszcze się nie naumiałam robić ciepłych lodów...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz