Tajfuniątko czyli kto?

Zamieszkałam w Chinach. Wyszłam za mąż za Chińczyka. A po paru latach okazało się, że powiększy nam się rodzina. Tu piszę o mojej polsko-chińskiej mieszance, a także o tym, jak wielkim wyzwaniem bywa macierzyństwo na drugim końcu świata.
Nie zawsze jest miło - bo to właśnie tutaj z siebie strząsam zdenerwowanie po kolejnej "dobrej radzie" i kolejnej krytyce moich metod wychowawczych ;)

piątek, 29 czerwca 2018

wakacje

Tajfuniątko od dawna potrafi się posługiwać łyżeczką. Kiedy jednak widzi długie makarony, porzuca łyżeczkę i pakuje kluchy garściami do dzioba. Babcia siedzi naprzeciwko i mówi: a może łyżeczka?
Dziecię patrzy na babcię, przechyla przekornie głowę i pyta: a może rączka?
Szach-mat.
*
Dziecię idzie "na kominy" - czyli spaceruje po wsi, wstępując do wszystkich sąsiadów po kolei. Sąsiedzi się zachwycają. Sąsiadka pyta: A ile ona ma? Ciocia odpowiada zgodnie z prawdą: dwa lata. Tajfuniątko z oburzeniem zadziera głowę i mówi: pięć!
*
A co to jest, mamo? - pyta Tajfuniątko, nienawykłe do luksusowego produktu spożywczego, który właśnie ma w miseczce. Burak! - odpowiadam, ciesząc się, że dziecię ma tak niewyrafinowany gust kulinarny (za awokado nie przepada). Tajfuniątko myśli, myśli i powoli recytuje: idzie rak, nie burak!
No pewnie, że nie burak. Ktoś widział idącego buraka?

Nadal mówi chętniej po chińsku. Ale rozkręca się i powoli umie opowiadać historyjki również po polsku. Każde nowe słowo, każda nowa sytuacja, każde doświadczenie są na wagę złota.
I tylko serce mi pęka, gdy mówi, że tatuś jej nie kocha i nie tęskni. Codziennie tłumaczę, że tatuś nie mógł przyjechać, ale że czeka na nią i że po wakacjach do niego wrócimy. Tatuś codziennie wisi z nami na wideotelefonie, ale na razie nic nie działa.
Ech.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz