Tajfuniątko czyli kto?

Zamieszkałam w Chinach. Wyszłam za mąż za Chińczyka. A po paru latach okazało się, że powiększy nam się rodzina. Tu piszę o mojej polsko-chińskiej mieszance, a także o tym, jak wielkim wyzwaniem bywa macierzyństwo na drugim końcu świata.
Nie zawsze jest miło - bo to właśnie tutaj z siebie strząsam zdenerwowanie po kolejnej "dobrej radzie" i kolejnej krytyce moich metod wychowawczych ;)

środa, 3 stycznia 2018

masi, masi!

Gdy Tajfuniątko się uderzy, od samego początku stosuję metodę: pokaż, gdzie boli, a ja podmucham i pomasuję. O, widzisz - już nie boli! Jakiś czas temu Tajfuniątko nauczyło się, że taki "masaż" działa na wszystko. Po co więc czekać, aż się uderzę, skoro można trochę oszukać? Podchodzi więc dziecko do mnie i po kolei pokazuje i mówi części ciała, wymagając masażu. Masuję z uśmiechem, choćbym nie wiem jak była zajęta. Dzięki temu kiedy mówię, że mnie coś boli, Tajfuniątko podchodzi, dmucha (a jakże!) i robi masaż, mówiąc "masi, masi!". Taki sam masaż praktykuje na misiach i bezbronnej Zuzi...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz