Tajfuniątko czyli kto?

Zamieszkałam w Chinach. Wyszłam za mąż za Chińczyka. A po paru latach okazało się, że powiększy nam się rodzina. Tu piszę o mojej polsko-chińskiej mieszance, a także o tym, jak wielkim wyzwaniem bywa macierzyństwo na drugim końcu świata.
Nie zawsze jest miło - bo to właśnie tutaj z siebie strząsam zdenerwowanie po kolejnej "dobrej radzie" i kolejnej krytyce moich metod wychowawczych ;)

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

bezwodnie

Dopiero wczoraj wieczorem pojawiła się woda. To znaczy, że od dziś zaczęłam normalnie gotować. Oczywiście, gdybym MUSIAŁA, tobym chodziła po wodę do ogólnoosiedlowego kurka, ale skoro nie musiałam, to nie chodziłam. A nie musiałam, bo Joasia okazała się być cudownym towarzyszem wyjściowych kolacji.
Godzina 3/4: karmienie dziecięcia i wyjście na spacer zaraz po beknięciu.
Godzina 5/6: ZB do nas dołącza i idziemy na kolację. Nie do "knajp przyjaznych matkom", nie do iluśgwiazdkowych restauracji. Do zwykłych chińskich knajpeczek z czterema stolikami na krzyż.
W jednej knajpie siadujemy przy stoliku tuż przy wyjściu, żeby wózek wygodnie postawić. Kelnerki w wolnych chwilach przychodzą się pozachwycać.
W drugiej knajpie właściciel specjalnie nam rozłożył stolik na tarasie.
W trzeciej knajpie siedzieliśmy w "ogródku", więc w ogóle luzik.
W czwartej knajpie siedzieliśmy w środku, na wygodnych kanapach i nikomu nie przeszkadzał wózek, choć zastawiał sporą część przejścia.
W pierwszej knajpie Joasia marudzi, żeby ją ponosić. Nosimy ją na zmianę, a ona się w 10 minut uspokaja i zasypia.
W drugiej knajpie śpi bez mruknięcia.
W trzeciej knajpie zaczęła marudzić dopiero, gdy zbudził ją huk pioruna. Musiałam ją odtransportować do domu na karmienie, ale sama też już byłam najedzona.
W czwartej knajpie Joasię obudziło zapewne pełne zachwytu westchnienie ZB, który się zakochał w tamtejszym żarciu. Ona też chciała spróbować. Dzięki wspaniałej organizacji przestrzeni mogłam Joasię dyskretnie nakarmić siedząc przy stoliku. Nikt się nie oburzał i nie robił głupich uwag. Najedzona dziecina zapadła w głęboki sen, a ja dokończyłam posiłek - opróżniliśmy półmiski do czysta.
Podsumowując - jak dotąd wszystkie wyjścia na kolację z dzieckiem zakończyły się pełnym sukcesem.
Uwielbiam Chiny. No i Joasię :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz