Tajfuniątko czyli kto?

Zamieszkałam w Chinach. Wyszłam za mąż za Chińczyka. A po paru latach okazało się, że powiększy nam się rodzina. Tu piszę o mojej polsko-chińskiej mieszance, a także o tym, jak wielkim wyzwaniem bywa macierzyństwo na drugim końcu świata.
Nie zawsze jest miło - bo to właśnie tutaj z siebie strząsam zdenerwowanie po kolejnej "dobrej radzie" i kolejnej krytyce moich metod wychowawczych ;)

niedziela, 17 lipca 2016

uśmiech

Karmię Ją do syta. Gdy już solidnie beknie i kładę Joasię na naszym łóżku, zaczyna się "rozmowa" - pomruki, piski, pochrząkiwania. Odpowiadam, ku wyraźnej uciesze Joasi, dokładnie tak samo. Konwersujemy więc w najlepsze, a dziecina próbuje w trakcie chwycić mnie za rękę/nos/włosy; ja się odsuwam, ale Joasia i tak jest zachwycona: uśmiecha się pięknie, a moje serce się topi. Odpowiadam uśmiechem, a ona śmieje się coraz szerzej. Nie wytrzymuję - muszę Ją pocałować! I właśnie, gdy się nachylam nad tą przesłodką buźką, Joasia oczywiście ulewa. Tak... z temperamentem, powiedziałabym. Zawartość ląduje na mojej twarzy, włosach i ubraniu.
Uszczęśliwiona Joasia zasypia.
Kurtyna.
PS. Tak, właściwie za każdym razem jest tak samo :D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz