Tajfuniątko czyli kto?

Zamieszkałam w Chinach. Wyszłam za mąż za Chińczyka. A po paru latach okazało się, że powiększy nam się rodzina. Tu piszę o mojej polsko-chińskiej mieszance, a także o tym, jak wielkim wyzwaniem bywa macierzyństwo na drugim końcu świata.
Nie zawsze jest miło - bo to właśnie tutaj z siebie strząsam zdenerwowanie po kolejnej "dobrej radzie" i kolejnej krytyce moich metod wychowawczych ;)

poniedziałek, 18 lipca 2016

restauracja

Nie mam czasu gotować. Tzn. mogę ugotować... np. zupę. Albo ryż. Jak się uda i ryż, i zupę, jest naprawdę dobrze, a jak jeszcze zdążę zrobić prostą surówkę, to już w ogóle ekstra. Joasia jest grzeczna, ale bardzo, bardzo nie lubi, kiedy wszyscy są daleko od niej. Niestety, kuchnię mam niedostosowaną do przechowywania niemowląt, więc nie bardzo mam możliwość zabrać ją z sobą.
Domowe obiady to jednak nie problem - od czegóż niby mam męża? Kupi, obierze, umyje, posieka, ugotuje, usmaży, a potem zazwyczaj jeszcze pozmywa! - pełen serwis.
Tyle, że są to dania raczej niewyszukane, bo - pewnie Was nie zaskoczę - on też nie ma czasu.
Wczoraj podczas spaceru pierwszy raz zatrzymaliśmy się z pełną premedytacją w knajpie, na kolację. Joasia grzecznie bawiła się własnymi rączkami (tak, to ten etap ;) ) w wózku, a nam się udało spożyć wszystko, cośmy zamówili, zanim rączki jej się były znudziły. Ba, nie musieliśmy nawet jeść na zmianę!
Skuszona tym pozytywnym doświadczeniem zamierzam korzystać z tej opcji częściej - mieszkam przy ulicy pełnej żarcia, a część knajp wystawia stoliki również na chodnik. Będzie łatwiej i smaczniej, hurra!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz