Tajfuniątko czyli kto?

Zamieszkałam w Chinach. Wyszłam za mąż za Chińczyka. A po paru latach okazało się, że powiększy nam się rodzina. Tu piszę o mojej polsko-chińskiej mieszance, a także o tym, jak wielkim wyzwaniem bywa macierzyństwo na drugim końcu świata.
Nie zawsze jest miło - bo to właśnie tutaj z siebie strząsam zdenerwowanie po kolejnej "dobrej radzie" i kolejnej krytyce moich metod wychowawczych ;)

sobota, 30 lipca 2016

płacz

Jest umowa. Za dnia to ja jestem przy Joasi cały czas, więc z nadejściem nocy Joasią zaczyna zajmować się tatuś. To on wstaje, żeby ją przewinąć czy żeby mi ją podać do karmienia (w nocy karmię zawsze na leżąco), albo po prostu żeby ją pogłaskać po twarzy, gdy marudzi po prostu z tęsknoty za nami. Zresztą - Joasia to prawdziwy aniołek i zazwyczaj budzi nas w nocy tylko jeden raz, a drugi - kiedy ZB i tak już musi wstawać.
Trzecia w nocy. Joasia popłakuje. ZB, nieprzytomnym głosem - już Ci ją podaję, głodna pewnie. Ja, jeszcze bardziej nieprzytomna - coś się jej przyśniło i się przestraszyła, pogłaszcz po twarzy, to się uspokoi. ZB głaszcze, Joasia ucicha.
Trzecia trzydzieści. Joasia popłakuje. ZB głaszcze po twarzy. Ja mówię - daj mi ją szybko, zanim otworzy oczy, to ją nakarmię przez sen, bo przecież głodna jest. Joasia podana przysysa się chciwie do piersi i od razu uspokaja.
Szósta. Joasia popłakuje. ZB mi ją podaje, że niby głodna. Ja półprzytomnie mówię - weź ją wysadź, bo kupa idzie. ZB ją wysadza, kupa się zjawia jak na zawołanie. Joasia ucicha, ale po ubraniu i przytuleniu znów zaczyna marudzić. Bez słowa odkrywam kołdrę i przygarniam ją do piersi. ZB patrzy na mnie z podziwem - jednak bez matki, która rozróżnia parę typów płaczu byłoby ciężej. Oczywiście - w końcu by doszedł do tego, dlaczego dziecię płacze. Ale tak to dziecię właściwie nie płacze. Daje znać, o co chodzi i jeśli się właściwie zareaguje, to płacz w ogóle nie jest potrzebny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz