Tajfuniątko czyli kto?

Zamieszkałam w Chinach. Wyszłam za mąż za Chińczyka. A po paru latach okazało się, że powiększy nam się rodzina. Tu piszę o mojej polsko-chińskiej mieszance, a także o tym, jak wielkim wyzwaniem bywa macierzyństwo na drugim końcu świata.
Nie zawsze jest miło - bo to właśnie tutaj z siebie strząsam zdenerwowanie po kolejnej "dobrej radzie" i kolejnej krytyce moich metod wychowawczych ;)

niedziela, 3 lipca 2016

karmienie

Nienawidzę kunmińskiego lata. Trwa bowiem wtedy pora deszczowa. Z mżawką, deszczykiem, ulewą, burzą, gradobiciami oraz monotonnym, całodziennym laniem jak z cebra, w zależności od dnia. Podczas kunmińskiego lata ja mam jesienną depresję związaną z brakiem słońca. Normalnie po prostu nie wychodzę z domu, jeśli nie muszę, albo czekam aż się na chwilę przejaśni.
Teraz jednak jest Joasia. A ona czasem akurat gdy się przejaśnia, wymaga przewinięcia i nakarmienia, a jak tylko skończę z tym wszystkim i jest gotowa do spaceru - zaczyna lać. Grrr.
Jeśli jednak tylko kropi - idziemy. Mam specjalny pokrowiec na wózek, a gdy deszcz oń bębni, Joasia śpi jak zabita. I wszystko by było cacy, tylko czasami właśnie w środku spaceru zaczyna lać tak, że drogi nie widać. Jeśli akurat jestem koło jakiejś knajpy - chronię się tam razem z wózkiem. I oczywiście parę minut później Joasia się budzi. Oczywiście straszliwie głodna. Czasem mam dla Niej butelkę z odciągniętym wcześniej mlekiem. Czasem nie.
Dziś właśnie był taki dzień.
Noszę ze sobą zawsze dodatkową pieluchę, by móc się zasłonić. Nie uważam karmienia w miejscach publicznych za zbrodnię, ale epatować piersiami też nie chcę. Dziś pierwszy raz karmiłam Joasię w knajpie. I - nikt nie zwrócił na mnie uwagi. A także - nikt nie zwrócił NAM uwagi.
Choć w zasadzie nie zdarzało mi się ujrzeć karmiących piersią Chinek podczas spacerów, wygląda na to, że społeczeństwo jest gotowe na to wielkie wyzwanie - nikt na mnie nie krzyczał, nikt mi ukradkiem zdjęć nie robił, nikt mi nie zwracał uwagi i nikt na mnie nie zwracał uwagi. Hurra!

2 komentarze: