Tajfuniątko czyli kto?

Zamieszkałam w Chinach. Wyszłam za mąż za Chińczyka. A po paru latach okazało się, że powiększy nam się rodzina. Tu piszę o mojej polsko-chińskiej mieszance, a także o tym, jak wielkim wyzwaniem bywa macierzyństwo na drugim końcu świata.
Nie zawsze jest miło - bo to właśnie tutaj z siebie strząsam zdenerwowanie po kolejnej "dobrej radzie" i kolejnej krytyce moich metod wychowawczych ;)

poniedziałek, 27 czerwca 2016

sama

Kolejne wizyty. Duża rodzina, miliony znajomych, sami wiecie.
Podziwianie pięknych ocząt - nadal szaroniebieskich, ale już o odcień ciemniejszych. Wręczanie prezentów - mam pieluchy jeszcze na miesiąc, porcelanową tarkę i wyciskarkę do pomarańcz, misie, książeczkę itp.
Ze WSZYSTKICH chińskich ust po kolei słyszę: ale jak to: jesteś sama z Joasią w domu! Przecież miała przyjechać Twoja Mama!
Miała, przyjechała, nauczyła, pojechała. Teraz ZB wrócił do pracy 7 dni w tygodniu. Ba, nawet ja nauczam 2x w tygodniu - przychodzi wówczas świekra i pilnuje przewiniętej i nakarmionej Joasi. Nie zamieszkała z nami na stałe ani świekra, ani yuesao, ani niania. Tak, potrafię sama się zająć maleńkim dzieckiem, chociaż robię to pierwszy raz w życiu. Nadążam też z praniem, prasowaniem, spacerami i częścią sprzątania. Drugą część sprzątania i gotowanie odbębnia ZB gdy wraca z pracy. Uważam, że i tak mam łatwo dzięki temu, że on świetnie gotuje...
A gdy dziecię śpi, a ja wypełniłam obowiązki, mam jeszcze czas i na książkę, i na bloga, i na rozmowy z tymi, którzy znajdują dla mnie czas. Bo to nie ja mam problem z czasem, tylko ta cała reszta...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz