Tajfuniątko czyli kto?

Zamieszkałam w Chinach. Wyszłam za mąż za Chińczyka. A po paru latach okazało się, że powiększy nam się rodzina. Tu piszę o mojej polsko-chińskiej mieszance, a także o tym, jak wielkim wyzwaniem bywa macierzyństwo na drugim końcu świata.
Nie zawsze jest miło - bo to właśnie tutaj z siebie strząsam zdenerwowanie po kolejnej "dobrej radzie" i kolejnej krytyce moich metod wychowawczych ;)

niedziela, 22 maja 2016

łożysko

Tuż po porodzie lekarka zapytała, czy życzę sobie łożysko na wynos. Powiedziałam, że nie, ale że jeśli bardzo pragnie, to może zapytać świekrę. Uśmiechnęła się do mnie ze zrozumieniem i zutylizowała. Większość wykształconych po zachodniemu lekarzy w Chinach nie wierzy w zbawienny wpływ spożywania placenty na zdrowie położnicy i walczą z zabobonem. Jednak stronnictwo tradycjonalistów, którzy łożysko gotują/suszą/smażą jest nadal silne. Ponoć jest to lek nad lekarstwami, pomagający matce w pomyślnym przebyciu połogu, a w dodatku bardzo zdrowy i dla innych członków rodziny - m.in. leczy bezpłodność i poprawia potencję.
Nie, nie wzięłam na wynos. Moja ciekawość badacza ma swe granice :) Zwłaszcza, że w Chinach nie robi się z łożyska kapsułek, jak w nowoczesnym zachodnim świecie, tylko jada przyrządzone jak każdy inny kawałek mięsa...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz