Tajfuniątko czyli kto?

Zamieszkałam w Chinach. Wyszłam za mąż za Chińczyka. A po paru latach okazało się, że powiększy nam się rodzina. Tu piszę o mojej polsko-chińskiej mieszance, a także o tym, jak wielkim wyzwaniem bywa macierzyństwo na drugim końcu świata.
Nie zawsze jest miło - bo to właśnie tutaj z siebie strząsam zdenerwowanie po kolejnej "dobrej radzie" i kolejnej krytyce moich metod wychowawczych ;)

sobota, 2 kwietnia 2016

prywatna położna

Kuzynka rodziła pół roku przede mną. Próbuje podzielić się ze mną porodową mądrością. Opowiada o wsparciu, jakie otrzymała od męża i od prywatnej położnej, która, choć droga, była "najlepszą inwestycją ostatnich lat". Cóż. Ja mogę tylko zazdrościć. Tutaj na sali porodowej nie ma miejsca na osoby trzecie, a idea prywatnej położnej brzmi jak utopia. Który szpital by pozwolił, żeby po porodówce pałętali się obcy? Jedyna rzecz, która dodaje mi odwagi, to fakt, że tutejszy personel szpitalny jest naprawdę dobrze wyszkolony i ma ogromne, nieporównywalne z polskim, doświadczenie. Oni tu w miesiąc wyrabiają polską normę roczną - zarówno cesarek, jak i porodów naturalnych. Mam nadzieję, że gdy przyjdzie co do czego, lekarz stanie na wysokości zadania.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz