Tajfuniątko czyli kto?

Zamieszkałam w Chinach. Wyszłam za mąż za Chińczyka. A po paru latach okazało się, że powiększy nam się rodzina. Tu piszę o mojej polsko-chińskiej mieszance, a także o tym, jak wielkim wyzwaniem bywa macierzyństwo na drugim końcu świata.
Nie zawsze jest miło - bo to właśnie tutaj z siebie strząsam zdenerwowanie po kolejnej "dobrej radzie" i kolejnej krytyce moich metod wychowawczych ;)

poniedziałek, 1 lutego 2016

Alienka

Znaczy - będzie dziewczynka. Mnie tam w sumie obojętne, ale ZB od razu zapowiedział, że palca nie przyłoży do wychowania. Bo jak mu taka miniaturowa słodycz powie "爸爸去死" (niech tata umrze), to on po prostu wyskoczy przez okno... Mam niejasne wrażenie, że moja pozycja w rodzinie srodze opadnie ;) Ale do meritum. W Chinach nie wolno informować o płci dziecka, ponieważ jest ogromna dysproporcja między urodzonymi dziewczynkami a chłopczykami na korzyść tych drugich. Dzieje się tak, ponieważ "wszyscy" chcą mieć chłopca i ponieważ aborcja jest legalna i w zasięgu ręki aż do dość późnej ciąży. Stąd prawo stanowi, że lekarz nie może poinformować rodziców o płci dziecka. My mamy znajomą pielęgniarkę w Tym Szpitalu. Zawołaliśmy ją podczas ostatniego badania USG. Stanęła nad ekranem (którego się nigdy nie pokazuje matce) i szepnęła teatralnym szeptem: czy mi się wydaje, czy dziecko nie ma penisa? Lekarka nie była zadowolona, ale potwierdziła dyskretnie i stąd wiemy, jaka jest płeć :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz