Tajfuniątko czyli kto?

Zamieszkałam w Chinach. Wyszłam za mąż za Chińczyka. A po paru latach okazało się, że powiększy nam się rodzina. Tu piszę o mojej polsko-chińskiej mieszance, a także o tym, jak wielkim wyzwaniem bywa macierzyństwo na drugim końcu świata.
Nie zawsze jest miło - bo to właśnie tutaj z siebie strząsam zdenerwowanie po kolejnej "dobrej radzie" i kolejnej krytyce moich metod wychowawczych ;)

środa, 13 stycznia 2016

podziw

Wczoraj na lunch zaprosiła mnie jedna z uczennic; przyprowadziła też sześcioletniego syna. Widziałam go drugi raz w życiu; już podczas pierwszego spotkania odebrałam go jako świetnie wychowane dziecko, teraz jednak miałam okazję przyjrzeć mu się bliżej. Wiecie, chińskie dzieci są zazwyczaj rozpuszczone jak dziadowski bicz. Jedenastoletnie dzieci, które na grzeczne pytania ze strony dziadków odpowiadają pogardliwym machnięciem ręki i słowami "nie znasz się" są tu normą. Dzieci jedzą, co chcą, wymagają ciągłej obecności rodziców ("jak mama nie będzie ze mną siedzieć, to nie będę odrabiać lekcji"), a potem potrafią na przykład pójść na studia i nie potrafić sobie zrobić jajecznicy czy uprać majtek. Serio. Widziałam takie przypadki na własne oczy. Ci ludzie nie byli nawet zawstydzeni własną indolencją. Moje doświadczenia z chińskimi dziećmi były raczej przerażające. Z nielicznymi wyjątkami w chińskich szkółkach i przedszkolach czułam się po prostu źle. Dzieci, które kichały czy kaszlały mi prosto na twarz i nikt im nie zwracał uwagi. Dzieci, które w ramach przywitania potrafiły się na mnie rzucić z pięściami, a nauczycielki nie reagowały. Dzieciak, który wszystkim przeszkadzał w lekcji, a kiedy spróbowałam go postawić do kąta, rzucił mną o tablicę (choć miał dopiero dwanaście lat, ważył spokojnie dziesięć kilo więcej ode mnie). Można się nabawić traumy, prawda? Teraz, kiedy sama się spodziewam dziecka, zwracam jeszcze większą uwagę na to, jakimi metodami mamy próbują dzieci wychowywać. Można się naczytać setek mądrych artykułów, ale zobaczyć coś na własne oczy jest jeszcze lepiej. Syn Żółtej Plewy nie odzywa się niepytany. A jak się odzywa, to czeka, aż dorośli skończą mówić, a potem grzecznie się wtrąca. W restauracji mama nałożyła mu do miseczki zdrowe warzywa i bułeczki na parze. Zjadł grzecznie połowę, później zaczął marudzić, że on by wolał dynię niż fasolkę szparagową. Mama powiedziała, że jak zje to, co ma w miseczce, a potem będzie miał jeszcze miejsce na dynię, to oczywiście będzie mógł zjeść dynię. Ale to, co w miseczce - trzeba zjeść. Kiwnął głową i zjadł. Dyni już nie zmieścił, ale poszedł sobie sam nalać soku, a poproszony przez Mamę, przyniósł sok i dla nas. Po chodniku myszkował sam. Kiedy przechodziliśmy przez jezdnię, bez nawoływania wracał pod matczyne skrzydła i brał mamę za rękę. Żywo interesował się wszystkim, co widział, wszystkim, co mama doń mówiła. To było bardzo przyjemne kilka godzin; dawno nie widziałam tak grzecznego i zadowolonego z życia dziecka. W swoim czasie będę Żółtą Plewę błagać o rady i pomoc. Też bym chciała umieć tak wychować nasze potomstwo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz