Tajfuniątko czyli kto?

Zamieszkałam w Chinach. Wyszłam za mąż za Chińczyka. A po paru latach okazało się, że powiększy nam się rodzina. Tu piszę o mojej polsko-chińskiej mieszance, a także o tym, jak wielkim wyzwaniem bywa macierzyństwo na drugim końcu świata.
Nie zawsze jest miło - bo to właśnie tutaj z siebie strząsam zdenerwowanie po kolejnej "dobrej radzie" i kolejnej krytyce moich metod wychowawczych ;)

wtorek, 22 grudnia 2015

Wioska Kunmingiem zwana

U nas znów słońce, osiemnaście stopni i kwitnące kwiaty. Wrzucam osłonecznione zdjęcia na WeChat i cieszę się publicznie, że słońce wróciło.
Facet, którego nie widziałam od dnia mojego ślubu (był jednym z zaproszonych gości), a który był kiedyś bardzo dobrym kolegą, pisze, że słońce jest jak mój śmiech - ciepłe i jasne.
Hmmm... Na miejscu jego żony nie cieszyłabym się, że komplementuje inne kobiety. Ale miło mi się zrobiło, zwłaszcza, że większość ludzi ocenia mój śmiech raczej jako przeraźliwy i koński. Proponuję spotkanie - po ponad trzech latach miło by było się znów zobaczyć, a i jego żonę chętnie bym poznała. Odpowiedzi brak.
Następnego dnia czekam w kolejce do lekarza; ta położna cieszy się bardzo dobrą sławą, więc i kolejka długa. Nagle słyszę gromkie: Biały Mały Tajfun! I wyłaniają się kolega z żoną. Nasze dzieci przyjdą na świat w odstępie niecałych dwóch miesięcy.
Spotkanie odkładamy na czas, kiedy będzie to wygodniejsze z punktu widzenia naszych brzuchów.
Kunming to taka trochę większa wioska. Co z tego, że jest trzy razy ludniejszy od Warszawy? Jest tu pewnie paręset szpitali, kilka tysięcy ginekologów i położnych. Ale żona kolegi czekała w kolejce do tego samego lekarza.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz